Pytania, prośby, sprawy różne:) - piszemy na:
serwetkamalowane@o2.pl








free counters

rękodzieło, Handzia i koty, choć ta kolejność, zdaniem kotów, powinna być w sposób oczywisty odwrotna :
czwartek, 30 lipca 2009
Myśl teoretycznie wymarła

Myśl starożytna.

Bardzo ją cenię.

Łacinę poznałam na studiach. Przez dwa pierwsze lata miałam ten język cztery godziny w tygodniu. Na początku byłam przygnieciona ogromem pamięciowej pracy, którą trzeba włożyć, by móc cokolwiek napisać czy powiedzieć poprawnie. Nie było innej drogi jak tylko porządnie, w bólach zwojów mózgowych wkuć deklinacje, koniugacje, konstrukcje typu ACI, NCI i inne cudaki.

Zajęcia prowadziła niezwykle wymagająca pasjonatka języka i kultury starożytnej, zwana przez studentów mało oryginalnie, acz ze wszech miar trafnie ”Kosą”. Piłowała nas bez litości, choć z dużym wdziękiem. I niezwykle skutecznie. Pod koniec drugiego roku swobodnie czytaliśmy już ody Horacego w oryginale, a fragmenty mów Cycerona znaliśmy prawie na pamięć. O sentencjach łacińskich nawet nie wspomnę. Te śmigaliśmy z lewej do prawej, z góry na dół.

Najpierw trochę się jeżyłam na tę nieprzydatną, jak mi się wówczas wydawało, pamięciówkę wymarłych. Ale później doceniłam i polubiłam specyficzne brzmienie, rytmizację i uniwersalność myśli.

 

Oto jedna z nich:


 

In dubiis lenius” – co wcale nie znaczy "lenić się w Dubaju", ale „ w sprawach wątpliwych rzecz oceniać łagodnie”  -  co proszę, przy oglądaniu takich decoutworków jak te:

 


Kolczyki poprzecierane, postarzone, prawie starożytne.

I raczej nie dla mnie. Przy moim kolorze włosów, w takiej energetycznej pomarańczce, wyglądałabym jak ciężko chora na wątpia. To odcień  dla wiotkich blondi, hiszpańskich smagłych brunetek i rudych wiewiórek.

 

23:29, sasia73
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 lipca 2009
Digitalizacja

Jestem z nią na bakier.

Należę do pokolenia pióra. Nie umiem pisać na komputerze „na czysto”, nie przeczytam na kompie ze zrozumieniem tekstu dłuższego niż strona. Muszę go mieć normalnie, jak przodkowie - na papierze.

Ustrojstwa rozbudowane bardziej niż przedmioty proste: ołówek, szmata, nóż na ogół nie są ze mną kompatybilne.

Albo raczej ja z nimi.

Choć bardzo się staram.

Przykład: będąc młodą mężatką, mieszkałam z całkiem nowym mężem w wynajmowanym, zapuszczonym mieszkaniu. Chciałam się przed owym mężem wykazać, jaka to ja fantastyczna gospodyni jestem. Wytaskałam klockowaty odkurzacz, zaparłam się zdrowo, żeby go przesunąć i nie udusić się własną ręką jego - za przeproszeniem -  rurą, wdzięcznym ruchem wetknęłam rureczkę w dziureczkę i dalejże odkurzać. I stała się rzecz odwrotnie biblijna: zamiast światłości, było jak w piosence: „szary wiruje pył, tylko on mnie nie opuszcza”. Wcale mi to zresztą nie przeszkadzało, myślałam po prostu, że mieszkanie jest paskudnie zapuszczone. Do domu wszedł mąż. Spojrzał ( nie bez trudu) na mnie, na odkurzacz i litościwym ruchem go wyłączył.-„Odkurzam, kochanie” szczebiotałam, wielce z siebie zadowolona.On popatrzył na mnie łagodnie i miłosiernie (pisałam już kiedyś o traktowaniu wariatów; łagodność przede wszystkim) i wyjaśnił mi, że odkurzanie ma być efektywne, a nie efektowne. By odkurzać efektywnie należy element ssący umieścić we właściwym otworze. Innymi słowy wsadziłam rurkie nie w te dziurkie (dawnymi czasy, a w takich datują się początki mego małżeństwa, odkurzacz miał dwie dziurki). Zamiast odkurzać, malowniczo wydmuchiwałam na chałupę cały kurz.

Ile rzeczy popsułam, sądząc, iż powinny się obsługiwać wedle mojego mniemania, długo by pisać.

Różne techniczne wtopy zaliczam przypadkiem.

Przedwczoraj utopiłam komórkę w oleju. Słonecznikowym.

Cóż, przynajmniej nie będzie się zacinać…

 

 

 

23:09, sasia73
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 lipca 2009
O pewnej Annie

Znam pewną Annę. Jest moją – mam nadzieję, że mogę tak, Aniu napisać – przyjaciółką. To rozsądna, spokojna dziewczyna, która niezłomnością swych zasad chłodzi najbardziej wrzącą (czyli moją na przykład) głowę.

Jednak ma kosmicznego pecha.

I to podwójnego.

Przyszło Jej (choć właściwie to sama chciała) wprowadzać w czyn swój zawodowy mroczne przekleństwo: ”obyś cudze dzieci uczył”.

Rysuje się nam pierwszy krągły pech:  tak, tak - Anna jest nauczycielką.

Paskudnie, paskudnie.

Jest jednak i drugi pech.Gorszy!

Anna jest matematyczką!

I to już przekracza moje zdolności rozumienia grozy. Matematyczką! Uczy liczyć! Jak można sobie taką krzywdę wyrządzać dzień po dniu?! Co gimnazjalista liczy? Pomyślmy...Flaszki? Dni płodne? Odcinki "Włatcy móch"? Kto choć raz przekroczył próg państwowego gimnazjum rejonowego, ten wie, o czym mówię i nosi w sobie przerażenie.

Przez tydzień. Co najmniej.

Jak tam można pracować? A tu proszę, są tytani na świecie. Choć i im, niestrudzonym aktywatorom nastoletnich neuronów, które są w  niezaprzeczalnym odwrocie, przygniecione przez zdecydowanie progresywne w tym wieku hormony, brakuje czasem RAM-u. Pamięci nie starcza. Dysk się przepełnia już we wrześniu. I wtedy przydaje się porządny nauczycielski kalendarz. W solidnych jak przedwojenna kamienica okładkach, z finezyjnie zarubryczkowanym wnętrzem: klasa, nazwisko, stopień wiedzoodporności, współczynnik agresywności pomnożony przez częstotliwość występków szkolnych, itd.

I tu się wykazałam – kupiłam Annie na imieniny taki szkolny niezbędnik. Atrakcyjny jak lektura obowiązkowa. Nie dość, że środek sam w sobie ogłupiający, to i okładka masakrująca poczucie estetyki. Nawet nauczycielskie.

„Do farby z nim!” , „Do farby!” – zakrzyknęło moje zatrute dekupażem rozumienie piękna. Przecież nie będę się kłócić z własnym wnętrzem.

Efekt  wydania zgody na wrzucenie kalendarza na dekupażowy stos przedstawia się następująco:

Ania prezent dostanie jutro, a właściwie już dziś po południu, a ponieważ chadza spać z kurami (czyt: kładzie dzieci spać kole 20 i sama pada jak kawka niemal tuż po nich), to na pewno tu dzisiaj nie zajrzy, a jutro, czyli też dziś będzie tak zalatana przez cały dzień, że też nie zajrzy.

Ale zamieszałam z dziś - jutro.

Dziś już jest jutro, czyli dziś.

Dobranoc Państwu!

 

00:06, sasia73
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lipca 2009
Monetarna geriatria

Pieniądze w czymś trzymać trzeba.

Można w banku.

Ale bank chętnie przetrzymuje tylko pieniądze „terajsze”.

A w czym trzymać „monetarną geriatrię”, czyli numizmaty, zwłaszcza, gdy kolekcje brzęczących staroci  mają dziwne tendencje do niekontrolowanego rozrostu?

Ano można w takiej skrzyni, jak poniżej. Skrzynia powstała na zamówienie.

Męskie.

Treść zamówienia brzmiała: „prawie nic mi tu  nie rób, ma być bez wynalazków”.

Tłumaczę z męskiego na nasze: „skrzynia ma być subtelnie ozdobiona, bez bogatych wzorów, a  już na pewno bez kwiatków”.



22:08, sasia73
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lipca 2009
Fixum dyrdum

Jeśli chodzi o decoupage -  jestem zakręcona.

Kompletnie i raczej patologicznie.

Terapii nie przewiduję. Choć może i powinnam, bo patrzenie na świat (dobrze, że nie na ludzi) jak na jeden wielki obiekt do zdekupażowania, może wydawać się z lekka w bok od średniej.

Rodzina i przyjaciele patrzą na mnie z odpowiednią łagodnością, pamiętając, iż „wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”, ale pozwalają pomalować to i owo w swoim otoczeniu.

Pasuje mi wszystko. Drewno – to najbardziej, ale nie pogardzę płytą MDF, tekturą, plastikiem, szkłem. Niczym nie pogardzę, albowiem ozdobić da się niemal wszystko. A ozdabiać nolens volens trzeba, bo świat zapaskudzony ostatnio w nadmiarze.

Ile rzeczy przedziwnych przytargałam do domu z różnych miejsc długo by pisać.

Tylko patrzeć, jak zmontuję sobie stosowny wózeczek obwiązany drucikiem i będę przemierzać blokowiska w poszukiwaniu śmieci – pardon me – skarbów.

To, że mam w kuchni zdekupażowany plastikowy ikeowski zegar, to nic. Że dzwoneczki nad kuchenką z odzysku też nic, że nawet doniczki poprzerabiałam, bo castoramowy plastik kłuł mnie w oczy  przeraźliwie, to też pikuś. Szczytem decumanii, moim zdaniem, było przemalowanie w domu włączników światła.

Wygląda to tak:

A tu reszta domowych głupotek:



 

Nie jestem niebezpieczna, mam tylko swoje fixum dyrdum.




23:04, sasia73
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4