Pytania, prośby, sprawy różne:) - piszemy na:
serwetkamalowane@o2.pl








free counters

rękodzieło, Handzia i koty, choć ta kolejność, zdaniem kotów, powinna być w sposób oczywisty odwrotna :
poniedziałek, 13 października 2014
Memuary albo co

 

Pisałam onegdaj o nogach.  Po lakierowych czułościach wyglądają teraz tak: 

 

 

 Dostały blat, który mnie urzekł w równym stopniu, co one, mimo iż współczesny jest na wskroś. Ma za to ukochaną przeze mnie geriatryczną kolorystykę. I cudny wzór w naklejki z podróży.

 

 

 Stanęło sobie to moje nowe szczęście w kątku. Na razie dość łysym, ale junackim okiem wyobraźni widzę tu i półeczkę odrapaną, i lampę zardzewiałą, i skrzynkę po ziemniakach na książki :). Taaak, będzie po mojemu...

 

 

No, to teraz, skoro mam swoje wymarzone miejsce do pisania... to nic tylko pisać. Memułary jakieś albo co... Może na razie zostanę przy "albo co" :)

Udanego tygodnia, Kochani!

 

  

niedziela, 09 października 2011
Scio me nescire...

 

...że polecę Sokratesikiem z wieczora...

No prawie.

Nie wiem, co to jest.

 

 

 

 

Nie wiem, z czego zostało wymontowane i do czego pierwotnie służyło, ale wiem, że marzyłam o tym czymś od bardzo bardzo dawna - odkąd moje kolczyki przestały się mieścić w szkatułkach biżuteryjnych rozmiarów. Tzn. mieścić to one się może i mieściły, ale jako kolczykowy złom, a nie jako uporządkowane pary. Codziennie rano jedna ręka mnie, człowieka wciągała gacie, druga wiązała turban, a ta trzecia, czwarta i piąta, gdybym je miała, grzebałyby w pudle w poszukiwaniu pary kolczyków.  Człowiek erudycyjnie deklinował w uszminkowanych ustach słowa na "k", przy czym tylko co któreś było słowem "kolczyk" :).

Odkąd zobaczyłam to coś na podwórku kolegi złomiarza (ma się te znajomości :), wiedziałam, że zwiastuje to koniec porannych biżufikołków. Taaadaaam, mam stojak na ozdóbki:

 

 

a przy okazji przytargałam od kolesia ornament bramy wjazdowej, metalowe pręty i cudną przerdzewiałą konewę. Jeszcze nie wiem po co, ale na pewno mi się to wszystko przyda :))

 No, to w sumie całkiem sporo wiem...  :))

 



wtorek, 05 lipca 2011
Ciężki reset

 

To był stresujący poranek. W ramach resetu spiętego człowieka poszłam do pana Klamota. Jakiś czas temu znalazłam na obrzeżach Łodzi  lamus naprawdę hardcorowy. Nie jakiś tam lightowy kramik z gustownymi drobiazgami, tylko prawdziwą ostrą klamociarnię. Zardzewiałe gwoździe, brony, kotwice, kosy, fragmenty żelaznych ogrodzeń, młotki, topory i nadwozie amerykańskiego chevroleta. A dziś znalazła się tam nawet latarnia uliczna. Łażę między tą rdzą, narażając się na bliskie spotkanie z tężcem, ale relaksuje mnie to jak mało co. Rzadko coś kupuję, bo raz: jak zmieścić do samochodu te metry pogiętego żelastwa, a dwa, że pan Klamot, wbrew wyglądowi swemu, nie jest w ciemię bity i gwiżdże za tę rupieciarnię niezłą kasę. Dziś jednak musiałam swoją sfrustrowaną facjatą wzbudzić w panu Klamocie nadzwyczaj ludzkie uczucia, bo sprzedał mi tanio rzecz o sporym ciężarze gatunkowym :)

 

 

 

 

I dorzucił jeszcze kankę na mleko - dezel kompletny, ale z potencjałem :)

 

 

Poranna złość ugięła się pod ciężarem zdobyczy :) i już mi dobrze.


A, nie wiem, jak naprawdę nazywa się pan Klamot. Może Jasio Delikatny? Nie, po asortymencie lamusa sądząc  - bliżej mu jednak do Gerarda Ostrego. Albo pana Klamota po prostu. 

Lekkiego wieczoru!


 

 

piątek, 01 lipca 2011
O dopasowaniu

 

"W każdym normalnym człowieku tkwi szaleniec i próbuje się wydostać na zewnątrz"/T. Pratchett/ -  zatem dziś o kolejnym szmerglu - oknach, które podobnie jak drzwi są stare, drewniane i duże. I podobnie jak one wymagały Zdzisiowych hołubców z opalarką, szlifierką i papierem ściernym. Do dziś zresztą (bo od remontu minęły już trzy lata) wymagają "uważnej uwagi". Adam raz w roku niemalże z lupą w garści robi przegląd każdego okiennego skrzydła. Jest naturalnym wrogiem każdego kornika, każdej mrówki, bo i te wpadają na durne pomysły wtranżalania ram tuż przy styropianie w celach mieszkaniowych i każdego czegoś z nóżkami, skrzydełkami i czułakami zakończonym zwartą buławką, alibo i bez, co chciałoby sobie w deseczkach pomieszkać. 

Fachowo takie okna jak nasze, nazywa się skrzynkowymi. Podwójne skrzydła, otwierane do wewnątrz, z możliwością zamknięcia na tzw. "hiszpankę", czyli połączenia np lewego zewnętrznego skrzydła z wewnętrznym prawym. Powstaje spora szczelina, mamy wtedy przewiew, a nie rozwalamy okien na całą szerokość. Bardzo wygodne rozwiązanie. Mniej wygodne jest to, że okna zajmują niemal całą ścianę od podłogi do sufitu w każdym pokoju (drzwi drugą, hre hre i zostaje niewiele miejsca na tango z meblami, ale co tam):

 

 

i się nie kończą, tylko płynnie przechodzą w balkon w drugim pokoju, o:


Na brak światła naprawdę nie mogę narzekać. :))

 

Z zewnątrz okna są, a jakże, niebieskie :) Mistrzyni drugiego planu - Handzia patriotka :)


 

Bez Handzi (czyli powiedzmy sobie szczerze - gorzej :)) z zewnątrz wygląda to tak:

 

 

Smaczku lazurowym oknom dodają deseczkowe rolety barwy wiosennego groszku. Nie przytoczę słów, którymi miotał pan Zdzisio, gdy zobaczył kilometry rolet do odskrobania i odmalowania na kompletnie odjechany kolor ("a bo okna, szefowo, to białe powinny być, co nie? No góra brązowe. ").  :)) Ale już po parunastu miesiący pracy u nas przyzwyczaił się do moich dziwactw i świetnie nam się współpracowało. Gdy wstawałam, pan Zdzisio zawsze już był, automatem robiłam jedną kawę więcej i gdy na dobre skończył już u nas pracę, jeszcze długo łapałam się na tym, że robię tę jedną kawę więcej.

Okna na wernadzie są jeszcze śmiszniejsze, układają się w drugą stronę:


 

Budowniczemu domu nie brakło fantazji i walnął jeszcze okrągłe okienka, a co się miał chłopina ograniczać w kształtach! :)  :


 

I wisienka na torcie - pas z luksferów, który rozpoczyna się w piwnicy, a kończy na wysokości piętra :))

 

 

 

 

Dziwadło nie dom! Pasujemy do siebie! :))



wtorek, 20 kwietnia 2010
królowa życia

 

Sa takie dni, że człowiek czuje się królową życia.

Ma człowiek nawet koronę. Niewielką, bo i człek chudy. Troszku przerdzewiałą, ze starczymi plamami gryzącego tlenku, bo i człowiek już drugiej wiosenki, ale tak czy siak koronę się ma.

Dziś w królestwie słońce świeci, Handzia mówi:"kocham cię, Mamek", serce w klatce z piersiami pod kontrolą, kot -no trudno- wciąż jest, zielone się pleni...

Moje Tu i Teraz.

Co ja tam będę pędzić na złamanie karku, szarpać z niewykonalnym, barować z nieprzewidywalnym...

 


 


 

 


 


 
1 , 2